Mity w dietetyce.

Każda branża ma swoje mity. To fakt. Ale w dietetyce jest jednak najzabawniej. Mity pojawiają się jak grzyby po deszczu a ich autorzy, to wielokrotnie znani i lubiani, a czasem nawet z tytułami.

I tak oto rośnie w tempie kuli śnieżnej całe pokolenie (mam wrażenie, że nie pierwsze i nie ostatnie), które „odżywia się zdrowo”, bo używa soli himalajskiej, smaży na oleju kokosowym, pije herbatę ze słodzikiem,  nie jada kolacji, glutenu, laktozy, pieczywa, makaronu i wielu innych.

Nie ma to jak efekt czystych jelit i turnus z nasiadówkami dla zdrowotności. Można sobie jeszcze zapodać kroplówkę odchudzającą.

Ziemniaki są be, bo tuczą. A najwięcej witaminy C maja owoce cytrusowe. Miód jest mniej tuczący niż cukier, a coca cola zero nie zawiera cukru. A biały ser jest najlepszym źródłem wapnia. I owoce są tak zdrowe, że można jeść je bez ograniczeń. Jedzenie samych warzyw i owoców pobudza metabolizm. Wysoki cholesterol jest gorszy od braku ruchu. Ciemne pieczywo jest zawsze lepsze od jasnego.

Suplementy odchudzają. Ale warto dołożyć jeszcze papryczkę chili i ocet jabłkowy, by efekt był gwarantowany. Najlepsza jest jednak dieta kopenhaska, tylko już nigdy nie spojrzysz na jajka i szpinak. Albo nie, może dieta Dukana? Co tam zdrowe nerki i wątroba! Liczy się cel. Ale można jeszcze bardziej monotematycznie: dieta słoiczkowa, kapuściana, surowa. Wcale nie trzeba robić badań krwi, żeby się suplementować, bo magnez wcale nie jest antagonistą wapnia, a żelazo wcale nie jest toksyczne.

Byle szybko było.